fbpx

Mama w sklepie czyli jak nie iść z dzieckiem na zakupy.

Mama w sklepie czyli jak nie iść z dzieckiem na zakupy.

Pracuje w handlu praktycznie od 16 roku życia. Praca w branży bezpośredniej jest zupełnie inna niż praca w sklepie stacjonarnym. Każda ma swoje plusy i minusy. Dziś opowiem wam o minusach pracy w sklepie stacjonarnym, w dość specyficznej branży jaką jest sklep z akcesoriami dla dzieci. A mama z dzieckiem w sklepie bywa mocno irytującym klientem.

Uwielbiam, kiedy podczas mojej pracy spotykają mnie zabawne sytuacje i bardzo pozytywni klienci. Takie dni sprawiają, że ze szczerym uśmiechem podchodzę do swojej pracy i przede wszystkim do klienta. Są niestety też tacy klienci, którzy wymagają od sprzedawców, ogromnych pokładów cierpliwości. Zachowują się jak by pracownik sklepu był jego służącym. Dosłownie „przynieś, podaj, pozamiataj”. Tacy niestety zazwyczaj, mają po prostu pieniądze.

Jest jednak jeszcze jeden specyficzny rodzaj klientów. Nazwałam je „sklepowa mamuśka”. Są to mamy, które przychodzą do sklepu z dziećmi i zupełnie sobie nie radzą. Może nie jestem specem od wychowywania dzieci ale powiem wam jakie sytuacje najczęściej spotykam w swojej pracy. Powiem też, jak ja jako matka radziłam sobie w danych sytuacjach, z dobrym skutkiem. Zuzanna nigdy nie zrobiła mi w sklepie żadnej dziwnej sytuacji.

Sytuacja pierwsza.

Szanowna mama w sklepie z kilkuletnim dzieckiem przychodzi „tylko pooglądać”. Przepraszam, ale to jest chyba najgorsze co można zrobić takiemu maleństwu. W sklepie z zabawkami dla dzieci, jest tak duża dawka kolorów. Na co drugiej półce dziecko może zobaczyć zabawkę z reklamy, lub taką, którą ma kolega czy koleżanka. Takie małe dziecko nie rozumie dlaczego ma tylko pooglądać tą zabawkę, a nie może jej zabrać do domu. Ono po prostu ją chce. Przecież mogło wziąć ją w rękę.

Sytuacja druga.

„Umawialiśmy się na coś nie drogiego”. Czy naprawdę drogie panie, uważacie że wasze pięcio czy sześcio letnie dziecko rozumie co to znaczy „nie drogie”? Przykro mi, ale ono nie ma bladego pojęcia na temat wartości pieniądza. To dopiero początek ewentualnej edukacji finansowej takiego dziecka. Możemy tłumaczyć, uczyć, że pieniążki zarabiają rodzice pracując, ale taki maluch nie rozróżnia jeszcze powiedzmy 10zł od 100zł. Najpierw w domu pogadaj z dzieckiem na temat konkretnych zabawek, pomiędzy którymi w sklepie będzie mogło wybrać, jeśli będą dostępne. Dopiero potem zabierz dziecko do sklepu.

Sytuacja trzecia.

„Dobrze zaraz Ci kupię, najpierw chodź po buty”. Mama w sklepie. Dziecko ma w nosie to, że Ty chcesz mu kupić buty. Obiecałaś zabawkę, to ją kup. Dziecko nie rozumie, że musi mieć buty, czy koszulkę, czy spodnie, czy cokolwiek innego. Przecież ma je na sobie. Nie rozumie po co mu nowe. Rozumie jednak kiedy mama coś obiecuje. Jeżeli tekstem „później kupimy” zbywasz dziecko, nie dziw się, że płacze, krzyczy, rzuca się na ziemie. Dzieci nie mają wypracowanej cierpliwości, a w ten sposób na pewno jej nie wypracujecie. Jeżeli chcesz dziecku kupić ta zabawkę, to najpierw idź i wybierz tą zabawkę, a dopiero potem kupuj te buty czy inne Tobie potrzebne rzeczy.

Sytuacja czwarta.

Kupie Ci jak będziesz grzeczny/grzeczna. Kilkuletnie dziecko nie zna znaczenia tego słowa. Uspokoi się może na chwilę, bo raczej potraktuje to jak groźbę, niż zrozumie co masz na myśli. Przedszkolak potrzebuje jasnego komunikatu. Powiedz dziecku „kupię jeśli przestaniesz płakać i przytulisz mamę” będzie skuteczniejszy. Po pierwsze pokazujesz dziecku konkretne zachowanie, które chcesz żeby zmieniło. Po drugie Twoje ramiona pomogą dziecku się uspokoić. Pamiętaj jednak, że jeżeli stawiasz taki warunek, musisz dotrzymać słowa. Bo dziecko wychodząc ze sklepu zrozumie, że zostało oszukane i znów wpadnie w szał.

Sytuacja piąta.

Tekst z życia wzięty, który już totalnie powalił mnie na kolana skierowany do dwóch dziewczynek, bliźniaczek, ok 6 lat, w okolicach lutego. „To bardzo droga zabawka, musicie być grzeczne przez cały rok, to napiszemy do Świętego Mikołaja, może wam kupi”. No kurde… Nie wiedziałam, czy się śmiać czy płakać. Zrobiło mi się tych dziewczynek wręcz szkoda. Mamy luty, a ona mówi o Świętym Mikołaju. Po pierwsze małe dzieci raczej się nie interesują tak długo jedną zabawką. Po drugie dzieciaki nie mają pojęcia na temat czasu. Do Świętego Mikołaja wydaje im się, że będą czekały wieczność. Nie dziwcie się, że zaczynają lamentować i krzyczeć.

Sytuacja szósta.

Totalny brak uczuć w interakcji z dzieckiem. Kolejna sytuacja z życia wzięta. Mama z dwójką chłopców w wieku ok 7-9 lat. Wiadomo, że w tym wieku chłopaki szaleją, wygłupiają się, kombinują, uwielbiają się bić, biegać i szaleć. W tym momencie widzę obok nich mamę, którą stoi w dziale z ubraniami, ogląda koszulki, robi wielki rozgardiasz na stole, którego nawet nie łaska ogarnąć po sobie i bez żadnych uczuć w głosie powtarza jak zdarta płyta: „Wojtuś nie rusz, Stasiu zostaw. Wojtuś odejdź, Stasiu przestań. Wojtuś uspokój się, Stasiu bądź grzeczny.” I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. A co w tym czasie robi Wojtuś i Staś ? Gigantyczny tajfun na całym sklepie. Krzyk, wyścigi, walki, i totalna ignorancja matki. Ehh… Nawet nie wiem jak to skomentować. Podstawowa zasada jest taka, że jak chcesz, by dziecko Cie słuchało, musisz mówić do niego a nie w powietrze.

Mama z dzieckiem w sklepie to nie jest sposób na rozrywkę. Zapamiętajcie proszę, że sklep z zabawkami, to nie jest dobry wypełniacz czasu w dniu wolnym. Chcesz wspólnie spędzić czas z dzieckiem ? Idź z nim na plac zabaw, na spacer, do parku rozrywki. Cokolwiek. Nie przychodź z nim do sklepu. A jeżeli musisz przyjść na zakupy z dzieckiem, to już z trzy czy czterolatkiem, można ustalić jakieś podstawowe zasady. W końcu skoro panie w przedszkolach to robią, to znaczy, że się da. Dogadaj się z dzieckiem, postaw warunki, pilnuj dziecka i bądź konsekwentna w działu. To wystarczy na dobry początek.

Back To Top